wtorek, 23 marca 2010

Manifest mój


Jestem człowiekiem. Wynika z tego, ze jestem istotą wolną, posiadającą uczucia, marzenia, przekonania. Żyję, więc potrafię odczuwać ból i radość i wszystkie inne im pokrewne i zawierające sie pomiędzy. Mam wolną wolę i możliwości wyboru. Jestem kobietą i jestem z tego dumna. Jestem sobą.
Z tego powodu mam niezachwiane i fundamentalne prawo do:
- wolności wyboru własnej drogi i wyznawania wartości. Nikt  nic nie ma prawa narzucać mi własnego zdania, jęsli się na to nie godzę. Nikt i nic nie moze oczekiwać ode mnie podporządkowania się decyzjom, planom, rytuałom, zachowaniom i normom niezgodnym z moim wewnętrznym poczuciem siebie samej. Mam prawo sama ocenić, czym kieruję się w życiu, nawet jeśli jest to najbardziej pokrętna logika świata. A jedynym obostrzeniem tego punktu jest warunek niekrzywdzenia innych.
- realizowania swoich marzeń, nawet jeśli osobom postronnym wydają się one niedorzeczne, bezpodstawne, zbyt niskie lub zbyt wysokie. To sa moje marzenia i nikt nie ma prawa ich deptać, krytykować, komentować, a przede wszystkim nikt nie ma prawa mi ich odbierać i od nich odwodzić.
- poszukiwania autorytetów wszędzie tam, gdzie zaprowadzi mnie Droga. Nie musze zamykać się w określone ramy określonej religi, okreslonego systemu, czy kultury. Czuję się obywatelem świata. Jestem mieszkańcem Świata i jednocześnie gościem w każdym jego miejscu.
- przyjemności i szczęścia. Wszystko, co robię jest sprawą między mną i Najwyższym, jakąkolwiek postać przybiera w moim rozumieniu aktualnie. Moje ciało jest integralnie związane z duszą, więc tak samo jak dusza zasługuje na szacunek i dbanie o nie. A wprawianie sie w dobry nastrój jest jedynie korzyścią dla mnie i otoczenia, niezależnie czy dotyczy kwestii muzyki, jedzenia i picia, zapachów, dotyków, czy strawy duchowej i wyobrażeń.
- popełniania błedów i zmiany zdania w kazdym momencie życia. Bo tylko w taki sposób jestem w stanie odnaleźć to, czego tak naprawdę chcę i co jest mi pisane.
- bycia wolną i niezależną, bo tylko to sprawia, że czuję życie.
- kochania i bycia kochaną. Nawet jeśli taka miłość wydaje się mnie samej irracjonalna, surrealna, beznadziejna. Ważne, zę sprawia radość.
- korzystania ze swojej kobiecości w każdym słowa tego znaczeniu, pod warunkiem,że nie krzywdzę tym sama siebie.
- godności, bycia wysłuchanym i posiadania włąsnego zdania, które mam prawo wygłaszać, o ile nie krzywdzi to nikogo innego. Swoimi działaniami mam prawo przyczyniać się do budowania lepszego świata.
Jestem sobą. Jestem wplątana w sieci współzależności,a le zawsze mam prawo do zmiany. Jestemswoim włąsnym marzeniem i jego realizacją. Jestem...
I nikt nie moze mi tego zabrać...

czwartek, 11 marca 2010

wolontariuszy się szanuje...

Myślałam, że jesli robimy coś razem w imię tych samych idei to robimy to RAZEM.
Myślałam, że pewne idee powinny stać ponad prywatnymi niesnaskami.
Myślałam, że jeśli występujemy pod jedną nazwą to będziemy sobie pomagać, a nie obrabiać sobie tyłki nawzajem.
Myślałam, że jeśli ktoś jest mistrzem w danej działalności ściśle związanej z jakąś ideą to znaczy, ze całym swoim jestestwem tę ideę prezentuje.
Myślałam... Ale coraz bardziej przekonuję się, jak bardzo się myliłam. I już nie chodzi o mnie. Bo OK - nie nadaję się do pewnych rzeczy. Być może. Nie jestem w stanie poświęcić się całkowicie pracy za darmo i w imię idei, chociaż całym sercem owe idee popieram. Być może. Ale jeszcze nie tak dawno chciało mi się chcieć. Chciałam zrobić coś dobrego, z pożytkiem dla innych. Tak jak pewiem Lord - chciałam zmienić świat na lepsze, chociaż w pewnej drobnej części. W pewnym sensie zaczynało się zmieniać na lepsze - innym ludziom też się chciało, poświęcali tyle czasu, energii i środków finansowych, ile mogli.
Ale...
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi - chodzi o kasę. I o władzę. Tak bym uzupełniła to stare i znane powiedzenie. Straciłam mnóstwo czasu, mnóstwo energii i ciekawych ścieżek rozwoju w imię idei, która pozostaje tylko w sferze niedopowiedzeń, bo w praktyce, zwłaszcza na tak zwanej "górze" idee już dawno zaczęły byc tylko pustymi słowami. Nie usłyszałam głupiego dziękuję. Tylko pretensje. Ale to nic. Zrezygnowałam.
A teraz znowu to wszystko wraca. Bo w realizacji projektu nagle okazuje się, że wspólny projekt jest kolejną szansą do zgnojenia ludzi, którym się chce, ale mają troche inne pomysły na życie. I na swoją pracę. I jeszcze chcieliby wraz z odpowiedzialnością mieć mozliwość podjęcia chociażby najprostszych decyzji. Ale nie mają. Bo przecież trzeba pokazać, kto rządzi, kto jest najważniejszy, najmądrzejszy... To jest aż śmieszne. Dorośli ludzie a zchowują się jak dzieci w piaskownicy. I tylko żal tych, na których się to będzie odbijać - na zwykłych uczestnikach projektu...
Mówiąc krótko - po prostu ŻAL...